niedziela, 1 czerwca 2014

`Chapter Twenty Two.`

Justin's POV.
- Nie, nie, nie. - wsunąłem palce w moje włosy, dość boleśnie ciągnąc za ich końcówki. Spanikowany, spoglądałem na węża, który zaczął się oddalać. Gdy był już w bezpiecznej odległości, podbiegłem do leżącej na ziemi dziewczyny, kładąc dłonie na jej policzki.
- Rose?! Rose, błagam Cię. - szepnąłem, potrząsając nią delikatnie. Jej oczy były zamknięte, nie poruszała się i nie reagowała na moją prośbę, co jeszcze bardziej zaczęło mnie stresować.  Zjechałem wzrokiem na jej łydkę, łapiąc ją w swoją dłoń i postępując tak, jak czytałem w książkach. Uniosłem ją wysoko, przyglądając się małej, ale jakże niebezpiecznej ranie.
- Nie zdążył wstrzyknąć pełnej dawki. - odetchnąłem lekko, wiedząc już i tak co mam robić. Jad Tajpana Pustynnego jest jednym z najbardziej śmiertelnych w Australii, każda kropla, nawet minimalna powoduje osłabienie i ostatecznie śmierć organizmu.
Starając się nie panikować ( a wiecie, że mi to nie wychodzi), wsunąłem ręce pod ciało dziewczyny, unosząc ją i przenosząc na ganek. Ułożyłem blondynkę na kanapie, wyciągając spod wersalki swój plecak.
Kilka godzin. 
To za mało.
Szybko bez większego namysłu, zapakowałem cztery butelki wody, oraz kilka suchych szmatek. Dorzuciłem do tego dwa jabłka. Następnie, odkręciłem piątą butelkę i biorąc pierwszą lepszą szmatę, oraz apteczkę wróciłem do dziewczyny, wypuszczając nerwowo wstrzymywane przeze mnie powietrze. Nalałem wody na ranę, przecierając suchą krew, oraz nieco jadu. Następnie, otworzyłem apteczkę wyciągając wodę utlenioną, oraz kawałek plastra. Ostrożnie, wlałem na wacik wody, dociskając go do dwóch, małych dziurek. Moje serce zaczęło przyśpieszać, gdy zrozumiałem, że nie mogę tak długo zwlekać, dlatego na szybko, założyłem dziewczynie plaster, a wodę utlenioną i resztę rzeczy wrzuciłem do przygotowanego już plecaka. Przełknąłem głośno ślinę, gładząc policzek dziewczyny. Nagle w całym tym harmidru, ukłuło mnie poczucie winy.
Gdybyś tylko nie rozpętał tej kłótni.
Odepchnąłem od siebie tę myśl i pędem rzuciłem się do stajni, gdzie czekała Bryza. Założyłem jej siodło, oraz lejce. Wyprowadziłem ją na zewnątrz. Wracając na ganek, zarzuciłem na swoje plecy plecak i nie wiele myśląc, uniosłem dziewczynę.
Od teraz wszystko się zmieni. Stul pysk!
Z niewielką trudnością, wsadziłem dziewczynę w pozycji siedzącej na konia. Zaraz po tym, uczyniłem to samo, opierając jej ciało o swoją klatkę piersiową.
- Rose, obudź się, proszę. - mruknąłem. Nie odzyskałem odpowiedzi, więc pociągnąłem za lejce dając do zrozumienia Bryzie, iż ma ruszyć.
Jak chciałem, tak zrobiła. Galopem, ruszyła przed siebie, a ja w tym czasie jeszcze przez chwilę, próbowałem obudzić dziewczynę.
Jad rozwija się w ciągu kilku godzin. Następnie zaczyna wyniszczać. Powtarzałem w myślach zapamiętane fragmenty książek.
Oblizałem nerwowo wargę, rozważając, którędy będzie najkrócej. Obrałem kierunek, poganiając konia, który i tak pracował na bardzo szybkich obrotach. Nie dopuszczałem do siebie myśli, iż coś pójdzie nie tak. Nie dopuszczałem do siebie tego, że mogłaby umrzeć przez moją głupotę, na moich oczach. Nie dopuszczałem.
***
Regular's POV.
- Cholera, jesteśmy w kropce! - krzyknęła młoda policjantka, szarpiąc za swój rudy długi warkocz, opadający na prawe ramie. Kieran, wstał podchodząc do dziewczyny i kładąc na jej ramieniu dłoń. Odwróciła się w jego stronę, zmęczonym wzrokiem spoglądając na swojego współpracownika. Truła się i wypluwała z siebie resztki sił, aby odnaleźć tę jedną, małą młodą istotkę, a to wszystko było na nic.
- Nie mam pojęcia, gdzie ona jest. Wszystko się urwało na lotnisku. - szepnęła, drżącym głosem. Nienawidziła takich niedokończonych spraw. Nienawidziła. Odkąd tu pracuje, zdarzyło jej się tylko raz nie doprowadzić śledztwa do końca. Za wszelką cenę chciała odnaleźć tę piętnastolatkę. Jej przyjaciele zjawiali się tu co dwa dni, sprawdzając, czy nie ma nowych informacji o zgubie. A kobieta, musiała spoglądać w ich zawiedzione oczy, a następnie odsyłać ich z kwitkiem, bo po prostu - nie wiedziała.
- Maddie, spokojnie. - Kieran podrapał się po karku, próbując jakoś wesprzeć koleżankę. To dla niego również było trudne, ale jeszcze trudniejszym zadaniem było patrzenie na to, jak jego współpracownica się załamuje. Kobieta, była z natury dość twarda i żadna sprawa nie potrafiła jej złamać. Biła od niej pewność siebie, zarówno w czynach, jak i w słowach. A teraz.. Teraz wyglądała, jak zagubiona dziewczynka.
Policjant podszedł do swojej koleżanki i przytulił ją do swojej klatki piersiowej.
***
Rose's POV.
Okropnie silne światło, obudziło mnie ni stąd ni zowąd. Przymrużając powieki, zakasłałam kilka razy, rozglądając się, gdzie jestem.
- Cholera, Rose. - usłyszałam głos, brzmiący bardzo radośnie. Uniosłam brwi wysoko, odnajdując osobę, znajdującą się za moim plecami. Jego długie ramiona oplatały mnie w pasie, przy okazji przytrzymując. Dopiero wtedy zorientowałam się, iż znajdujemy się na Bryzie i jedziemy w nie znanym mi kierunku.
- Puść mnie. - warknęłam, wyszarpując się.
- Ostrożnie. Proszę. - szepnął, a ja poczułam ukłucie w sercu. Nie! Nie pamiętasz, co Ci zrobił?!
- Co się stało? - zapytałam oschle, nie odwracając w jego stronę głowy. Ułożyłam usta w prostą linię.
Justin mi jednak nie odpowiedział, a więc byłam pewna, że coś jest nie tak. Z tyłu, usłyszałam nerwowo chrząknięcia i wiercenie się.
- No powiesz, mi czy nie, do cholery?! Zatrzymaj Bryzę. Chcę zejść. - syknęłam, zginając ręce w pięści.
- Nie. Nie możemy. Mamy bardzo mało czasu. - odparł, wypuszczając  głośno powietrze z ust.
- Jak to?
- Widzisz.. - wziął głęboki oddech, aby mówić dalej. - Podczas naszej kłótni.. Ukąsił Cię wąż.
Wciąż nie odwracając się w stronę chłopaka, otworzyłam usta, czując jak napływają wspomnienia.

- Tajpan.. Tajpan pustynny - szepnęłam, spoglądając na węża, oraz nie mogąc się poruszyć. Spojrzałam na nogę, w której pozostały dwa maleńkie, krzywe wkucia, po jego ząbkach. Strużka krwi, wraz z dziwną, brązowawą mazią, wypływała z rany. Zwierzę zasyczało, a ja dalej nie mogąc się poruszyć, zastygłam w miejscu skupiając się tylko i wyłącznie na nim. Nie długo to jednak trwało, bo nagle wokół mnie zrobiło się nadzwyczaj ciemno. Kto zgasił słońce?

Zakryłam usta ręką, wpatrując się w jeden, martwy punkt gdzieś na granicy widnokręgu.

- Wracając do tematu, jeśli tylko go zobaczysz, ubieraj buty, rozumiesz? To najbardziej jadowity wąż na tej pustyni. Jeśli Cię ukąsi, to koniec, bo szczepionki posiadają tylko wyspecjalizowane hospitalizacje, które jak sama widzisz.. Tutaj nie ma. - mruknął.

- Justin.. - szepnęłam, odwracając się w jego stronę. Spojrzał na mnie opiekuńczo i wtedy nasze spojrzenia się skrzyżowały.
- Czy.. Czy ja umrę? - ledwo słyszalnym głosem, zdążyłam to z siebie wykrztusić. Chłopak zacisnął mocno powieki, łapiąc lejce w ręce i zarzucając nimi, tym samym sprawiając, iż Bryza przyśpieszyła.
- Nie pozwolę. Tego możesz być pewna. - odpowiedział, a w jego głosie kryło się zdeterminowanie. Czułam, jak moje serce przyśpiesza, na samą myśl, iż jad krąży we mnie i pomalutku wyniszcza ciało od środka.
***
- Justin.. Słabo mi. - wychrypiałam, oblizując spierzchnięte wargi. Co prawda, rzadko piliśmy wodę, jednak to nie z tego powodu źle się czułam. Poczułam silny wzrok chłopaka na sobie, gdy zeskoczył z konia.
- Rose, nie zasypiaj błagam. Już niedaleko. - szepnął, gładząc mnie po włosach, oraz łapiąc wodze.
- Co robisz?
- Bryza nie da rady szybko się przemieszczać dalej, z dwoma osobami na sobie. Nie martw się. Jestem obok.
Biorąc głęboki oddech, ponownie zmusił konia do biegu, sam robiąc dokładnie to samo. Biegł obok mnie, co jakiś czas sprawdzając, czy czasem nie zasypiam.
Przymknęłam oczy, głośno oddychając. Miałam wrażenie, jakby świat wirował. Wręcz słyszałam w swoich uszach dudnienie mojego pulsu w skroni. Każdy następny oddech, wydawał się coraz cięższy. Nie potrafiłam pomieścić zbyt wiele tlenu w płucach.
Rozwarłam usta, wydając z siebie jęk, gdy przed moimi oczami stanęli rodzice.
-Rose? Skarbie, nie zasypiaj. -jego głos brzmiał, jakby znajdował się kilkaset metrów dalej. Zaczął się zniekształcać, aż wreszcie nie byłam pewna, czy należał on do Justina.
- Otwórz oczy. Błagam..
Usilnie próbowałam podnieść powieki, jednak jedyne co potrafiłam, to poruszyć niezgrabnie rzęsami. Niepokojące stało się to, iż nie potrafiłam nic powiedzieć. Wszystkie moje mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa, a ja sama zaczęłam opadać w tył, ponieważ nie potrafiłam utrzymać się w pozycji pionowej.
- Rose! Już blisko. Jestem przy Tobie, słyszysz? Proszę, odpowiedz. Rose. - jego głos, niósł się gdzieś w przestrzeni mojego umysłu, co jakiś czas, jakby był bliżej, ale zaraz ponownie się oddalał.
Poczułam, że ktoś dotyka mojej dłoni.
- Będę tutaj cały czas. Kocham Cię.
____________
21 komentarzy.. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że faktycznie ktokolwiek to czyta!
Dziękuję Wam za tyle ciepłych opinii. Dzięki Wam, jestem tutaj!
Kocham Was, jesteście świetni. <3
Co myślicie o wyznaniu Justina? :D
Do następnego!

19 komentarzy:

  1. Boże jak to czytałam to moje serce tak dudniło. Naprawdę. Proszę, żeby Rose nic się nie stało. A Justin jest taki słodki, że tak się martwi, ale w sumie mu się nie dziwię. Rozdział wspaniały. Weny ci życzę i czekam na nn :**

    OdpowiedzUsuń
  2. ryczałam całe opowiadanie ;( jeszcze końcówka mnie całkowicie dobiła kocham to opowiadanie i prośże nie kończ go tym jak w tej książce (czytałam i jest super)<3

    OdpowiedzUsuń
  3. omggggg nie mogę sie doczekac nastepnego rodziału! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. o mój boże ;o ale ona wyzdrowieje, prawda? omg Justin powiedział jej że ją kocha aw @Swag_on_Bieebs

    OdpowiedzUsuń
  5. super :))) kocham to ! <33

    OdpowiedzUsuń
  6. O jezuuu. Zatkało mnie.. nie moge w to uwierzyć, że on to powiedział.. ja pierdzielę.. mam okropną nadzieje ze ona bedzie to pamiętać.. i wgl cos czuje ze jesli zglosza ja do szpitala to ta policjantka sie o tym dowie. Omfg oby tak nie bylo xd bo by musiala wracac do tego domu, a oni sa tacy asdfgjff
    Juz chce kolejny rozdzial, bo ten rozwalil mnie na malutkie kawaleczki. Nie moge sie ogarnac. Mam nadzieje ze z Rose bedzie wszystko okej, jak ona zareaguje na to wyznanie?
    Jezusku tyle mam pytan. Omfg. Dodawaj szybciutko nastepny, bo nie wytrzymam.
    KOCHAM Cię skarbie. Jestes okropnie utalentowana, niesamowita. Piszesz tak idealnie.. o jeeeeeju.
    true-big-love-jb.blogspot.com
    red-sky-jb.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham Cię? No błagam! Przecież z Justina taki skończony dupek jest, że ją porwał i nie da jej wrócić do domu, że nie powinien mówić takich słów. Mam wrażenie, że on jest jakiś chory psychicznie, serio! Może ma jakieś rozdwojenie jaźni czy coś? Już kompletnie nic z tego nie rozumiem.
    Ale to chyba dobrze, prawda? Na tym powinno polegać tworzenie tak zawiłej fabuły. Żeby zmusić czytelnika do własnych rozmyślań.
    KOCHAM, UWIELBIAM TO OPOWIADANIE!

    www.love-choice.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Jaka słodka końcówka :). Uwielbiam to tłumaczenie :*

    OdpowiedzUsuń
  9. O Boshh !! KOCHAM CIE ! On powiedzial jej too !!:oo a tera znajdzie ja policja i zabierze od Justinaa :oo

    OdpowiedzUsuń
  10. nieeee przeciez ona musi zyc!!!!<3 powiedzial jej ze ja kocha<3

    OdpowiedzUsuń
  11. boże to jest cudowne xx

    OdpowiedzUsuń
  12. mam nadzieje że Rose nic nie będzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Omg *.*
    Booskii kochamm to mam nadzieję że Rose nic nie będzie i będzie pamiętać że Justin jej powiedzial że ją kochaa Jej <3 Nue mogę się doczekać na następny szubciutkoo dodawaj nn :33

    OdpowiedzUsuń
  14. K u r w a -.- Mam ochotę skoczyć z mostu... Znowu opuściłam się w czytaniu Twojego zajebistego opowiadania ;c Tak mi cholernie przykro ;'(
    Nie mogłabyś dodać witryny, żeby móc obserwować Twojego bloga?
    Byłabym wdzięczna!
    Co do rozdziału to, aż nadto, przewspaniały! Wszystko jest takie przejrzyste i jasne ;)
    Biedaczka... jasna cholera ;c Ona musi przeżyć! Pewnie, kiedy przeczytam następne dwa rozdziały, to się dowiem, ale i tak targają mną emocje xd
    Lecę czytać następne ;*

    OdpowiedzUsuń